Vasti Jackson Blues Band - Bohema Jazz Club w Gdyni (24.11.2009)
Vasti Jackson jest znanym na całym świecie amerykańskim gitarzystą, autorem tekstów, wokalistą i producentem, który zachwyca publiczność swoją osobowością już od pierwszego momentu kiedy pojawia się na scenie. Vasti (czyt. Vast-Eye) Jackson już od początku swojej kariery, kiedy grał w kościele oraz klubach w McComb w stanie Mississippi, wraz ze swoim zespołem łamie granice i swobodnie miesza różne gatunki muzyczne od bluesa, soulu, jazzu do funku czy reggae. W zeszłym roku (2008) Vasti grał indywidualne koncerty we Włoszech, Tunezji, Niemczech, Szwajcarii, Kanadzie, Norwegii czy Anglii. Talent Vastiego rósł w siłę dzięki niesamowitemu zestawowi muzycznych doświadczeń, którymi zajmował się w trakcie swojej 30-letniej kariery. Ostatnia płyta Jacksona „No Borders to the Blues” jest doskonałym przykładem nieograniczonej energii i magnetyzmu. Pokazuje jego muzyczny i wokalny kunszt, a także niesamowite umiejętności gry na gitarze. Muzycznie zakorzeniony w Mississippi, Vasti Jackson w 1994 roku wystąpił na nagrodzonej nagrodą Grammy płycie B.B. Kinga „Blues Summit”. Vasti Jackson jest profesjonalistą w każdym calu. Jest kombinacją talentu, doświadczenia i wszechstronności. Jego pełny energii i poświęcenia występ zabierze waszą publiczność w podróż, której nigdy nie zapomną.
Czytając ten tekst miałem wrażenie, że ktoś nabija mnie w butelkę. Ale od czego jest YouTube... Posłuchałem paru jego występów i byłem przekonany, że koncert
będzie niesamowity. Należy również zaznaczyć, że wraz z Vastim wystąpił zespół sygnowany jego nazwiskiem. Na basie grał Felton Crews - znakomity amerykański basista, który występował z legendarnym Milesem Davisem, Davidem Sanbornem, Carlosem Santaną , Georgem Duke i wieloma innymi tuzami jazzu oraz Krzysztof Zawadzki - perkusista, kompozytor, producent, manager, oraz leader najpopularniejszego zespołu z kręgu muzyki fusion - Walk Away. Od 1995 roku zaprasza do wspólnego grania najwybitniejszych muzyków z USA takich jak: Mike Stern, Mike Mainieri, Randy Brecker, Bill Evans, David Gilmore czy Jane Getter. Tak doinformowany poszedłem na koncert Vasti Jackson Blues Band.
Dobrze, że przybyłem do Bohemy na długo przed rozpoczęciem występu. Dzięki temu miałem miejsce siedzące, choć i tak nie było dużego wyboru, gdyż większość stolików była zarezerwowana. Udało mi się zająć wolny fotel na balkonie, ale niestety widoczność na scenę była słaba i widziałem tylko fragment basisty. Trudno, w końcu przyszedłem tu posłuchać muzyki. Koncert rozpoczął się z 20-minutowym opóźnieniem (panowie artyści pili długo piwo przy barze). W końcu wyszła właścicielka Bohemy i zapowiedziała muzyków, co wymusiło na nich szybkie dokończenie drinków. Zrobiło mi się bardzo miło, słysząc wśród wymienionych patronów medialnych Radio SAR.
Kiedy w końcu zespół wyszedł na scenę publiczność przywitała go brawami i koncert rozpoczął się. Zaczęli od miksu bluesa z jazzem, co podobało mi się średnio. Później było już tylko lepiej. Świetne, mocne bluesowe kawałki, w których solówki Jacksona wręcz powalały. Szybkie przedstawienie zespołu wraz z ich popisami było genialnie wkomponowane w utwór. Najpierw Felton Crews dał popis na swojej ośmiostrunowej gitarze basowej, a po nim Krzysztof Zawadzki na perkusji. Radość płynąca z ich gry była doskonale widoczna - basista przez cały czas koncertu uśmiechał się do publiczności, a nasz rodak za perkusją był wyraźnie rozbawiony scenicznym zachowaniem Vasti Jacksona. Wykonali trzy rewelacyjne utwory mocnego bluesa, po czym przeszli w reggae. Zagrali "Sunshine Of Your Love" w wersji na pograniczu bluesa i reggae, przy czym Vasti śpiewał jak rodowity Jamajczyk. Wyszło im to zręcznie, wolałem jednak bardziej tradycyjne formy bluesa w wykonaniu zespołu. Podczas jednego z utworów, w którym była 10-minutowa partia instrumentalna, Vasti zaczął chodzić po całym klubie (plus bezprzewodowego podpięcia pod "piec") i popisywał się przed pięknymi paniami obecnymi na występie. Przeszedł całą salę wzdłuż i pojawił się na balkonie, na którym siedziałem. "Wyciskając" wciąż dźwięk z gitary lewą ręką na gryfie, podał mi swoja prawice i i uścisnęliśmy sobie ręce. Miły gest z jego strony. Kiedy wrócił na scenę, zespół zrobił sobie 20 minut przerwy. W tym czasie można było zakupić płyty z ich muzyką oraz nagranie DVD z ich pierwszego koncertu w Polsce.
W przerwie - półgodzinnej, jak się okazało - dopisało mi szczęście. Zwolniło się miejsce przy balustradzie. Natychmiast zająłem je i miałem teraz doskonałą widoczność na całą scenę. Zamiana miejsc okazała się zbawienna, ponieważ mogłem dzięki niej podziwiać mimikę Vastiego. Wiedziałem o tym, że miny, które robi są jego cechą rozpoznawalną, ale to, co zobaczyłem, przerosło moje oczekiwania. Nie potrafię tego opisać. W każdym razie wyglądało to przezabawnie i dodawało jego muzyce dodatkowego uroku. Zagrali rewelacyjne "Hoochie Coochie Man", które wręcz wbiło mnie w podłogę. Potem powrócili do reggae w świetnym wykonaniu "I Shot the Sheriff" - tym razem Vasti porzucił jamajski akcent. Następnie przeszli znów do mojego ukochanego, mocnego bluesa, z wplatanymi fragmentami bluesowych standardów.
Pod koniec koncertu stało się coś prześmiesznego. Kiedy Vasti w ostatnim jamie wydawał "odgłosy paszczą" do mikrofonu, zachęcając wybrane z publiczności osoby do ich powtarzania, pewien lekko nietrzeźwy "jegomość", który dość nieudolnie sprzedawał róże przez cały wieczór, zaczął "śpiewać". Zwykle taki człowiek zostałby pewnie wyrzucony z klubu (widać było flaszkę wystającą z jego kieszeni), ale Vasti go usłyszał i zaprosił na scenę. Grał co chwilę jakieś dźwięki na gitarze, a pan od róży ciągle powtarzał swoim chropowatym głosem "I love the blues". Wyszło rewelacyjnie. Byłem w szoku. Nie przypuszczałbym, że przy akompaniamencie Vasti Jacksona nawet podpity sprzedawca kwiatów zabrzmi niczym rasowy wokalista bluesowy. Trwało to chyba z 7-minut. Wreszcie Vasti podziękował zarówno jemu, jak i publiczności, i zakończył koncert. Zespół zszedł ze sceny i zaczął podpisywać płyty.
Cały koncert był rewelacyjny. Mimo, iż bywałem wcześniej w Bohemie, dopiero teraz w pełni "poczułem bluesa". Dosłownie. Świetnie spisali się także obaj pozostali muzycy. Felton Crews co i rusz popisywał się basowymi solówkami nie z tej ziemi. Krzysztof Zawadzki okazał się wybornym perkusistą. Mówiąc krótko koncert był fantastyczny i wiem już, że Vasti Jackson "ląduje" w mojej bibliotece muzycznej na dobre. Oby jak najczęściej koncertował w Trójmieście.
Adam Brzeziński
Zdjęcia: Krzysztof Borzycki



