To nieprawda, że warszawska Sala Kongresowa wypełnia się tylko przy okazji disco-polowych gali. Podczas koncertu weteranów tak niemodnego dziś rocka artystycznego zajęte były wszystkie fotele. Coś się zmienia w świadomości rodaków. Chyba zaczynamy bronić się przed zalewającą nas bełkotliwą chałą. Dobitnie świadczy o tym również ogromne zainteresowanie jarocinian piątkowymi seansami filmowymi, gdzie idą filmy z najwyższej intelektualnej półki. Ale mam pisać o koncercie Camela. Właściwie całą recenzję można by zamknąć dwoma słowami – było genialnie. Wszystkie obawy, czy Camel zdoła utrzymać magiczną atmosferę swych studyjnych dokonań, wzięły w łeb. Jest to też chyba zasługa miejsca, w którym wszystko się wydarzyło. Sala Kongresowa to idealne pomieszczenie do poddania się tej muzyce. Siedząc wygodnie, w skupieniu przeżywa się te cudowne dźwięki, niemal jak w domu, ze słuchawkami na uszach. Ale koncert to zupełnie inny wymiar. Masz przed sobą żywy zespół, który z większym lub mniejszym szacunkiem dla słuchacza, stara się go wciągnąć w baśniową krainę muzyki. Camel porwał wszystkich. Najpierw punktualnością, potem cudownie klarownym dźwiękiem, a jeszcze później niewyszukaną prostodusznością muzyków i świetnym ich kontaktem z publicznością. O samej muzyce napisać się nie da. Po prostu poraża swą prostotą i majestatycznym pięknem.