Totentanz - Live
Piszę o tym wydawnictwie z pewnym opóźnieniem, ponad miesiąc po premierze. Jest jednak stosowna po temu okazja. Minął rok 2009, nadszedł więc czas na podsumowania. Według niżej podpisanego, wydany 5 grudnia ubiegłego roku zestaw płytowy Totentanz Live to najważniejsze z tarnowskich wydarzeń muzycznych ostatnich dwunastu miesięcy.
Gdyby nie to, że ramy mojego tutaj pisania ma wypełniać stosowna ilość znaków, napisałbym tak: Szanowni Państwo, oświadczam, że wydawnictwo Totentanz Live to: muzycznie, zdjęciowo, brzmieniowo i montażowo - rzecz wyborna. Szczerze Państwu polecam i... Do Siego Roku.
Tak jednak nie można i wobec tego przejdę do rzeczy. Aha, jeszcze jedno, chcę podkreślić, że nie jestem zagorzałym fanem tzw. progrocka, czyli muzycznej działki uprawianej przez Totentanz.
Kiedy 5 czerwca 2009 roku na tarnowskim Rynku oglądałem koncert zespołu z towarzyszeniem Tarnowskiej Orkiestry Kameralnej, już wtedy ostrzyłem sobie zęby (raczej oczy i uszy) na zapis tego wydarzenia na płycie DVD. Pół roku po tamtym Zderzeniu (nazwa cyklu imprez) ukazało się wydawnictwo Totentanz Live, zawierające płytę DVD oraz krążek CD. O samym wydawnictwie na koniec, wcześniej o samym projekcie oraz – czego nie mogę sobie odmówić – o kilku wrażeniach po „zderzeniu” z koncertem na ekranie.
Pomysł wspólnego występu obu tarnowskich formacji zrodził się wiosną 2008 roku. Ojcem tego projektu był Marcin Sobczyk, zaangażowany w życie muzyczne Tarnowa dyrektor Wydziału Kultury tarnowskiego magistratu. Do projektu pozyskano Bartka Szułakiewicza - dyrygenta Tarnowskiej Orkiestry Kameralnej. Nie wiem, czy Szułakiewicz - odpowiadający za orkiestrowe aranże utworów - potraktował to zadanie jako wyzwanie, czy też raczej jako egzotyczną przygodę? Fakt pozostaje jednak faktem, to co zrobił stało się barwnym, fascynującym brzmieniowo dopełnieniem muzyki Totentanz, a jakościowo nadało tej muzyce nowego, głębszego wymiaru. Z punktu widzenia starego rockfana robota została wykonana po mistrzowsku.
Otwarcie koncertu na płycie DVD jest imponujące. Paranoja brzmi potężnie. Oglądana i słuchana z odpowiednią mocą robi niezwykłe wrażenie. Potem, niemal bez przerwy, następuje Marionetka. To ostre, czadowe otwarcie zapowiada wiele. Tak też jest. Przeżyjemy zło i Całkiem sam (z wyeksponowanymi klawiszami Kajetana Borowskiego) potwierdzają, że muzyka serwowana jest bardzo, bardzo solidnie. Następuje Światło dnia. Numer ten, podany z uzasadnioną dozą patosu, jest jednym z moich ulubionych fragmentów koncertu. Za sprawą orkiestry kompozycja nabrała pięknego, monumentalnego brzmienia, dzięki czemu słyszy się rock symfoniczny (zapomniana nazwa) najwyższych lotów. Do tego jeszcze bardzo wyważone solo Adriana Bogacza. Tylko głusi i miłośnicy pop-papki mogą pozostać obojętni.
Dobrze widać i słychać reagującą żywo publiczność, ot, na przykład, gdy wspólnie z Rafałem Huszno śpiewa w utworze Poza wszystkim, czy po kompozycji Nikt, gdy skanduje: To-ten-tanz, a zaraz potem: or-kie-stra.
Bardzo zgrabnie wypada koncertowa premiera utworu Na koniec świata. Bogacz demonstruje tu, że technika slide nie jest mu obca, smyczki natomiast dodają wszystkiemu zwiewnego uroku. Z kolei Zimny dom. Piękne smyczkowe intro, a zaraz potem rozbrzmiewają jakieś niezwykłe klimaty, jakby King Crimson sprzed 40 lat. Do tego jeszcze Huszno, który udowadnia, że dysponuje rasową „koparą”. Wspaniale. Publiczność domaga się Eutanazji. Jest. Następuje po utworach Daję mniej i Zagubieni. Kompozycję otwiera basowe intro Eryka Bobelli. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w powietrzu unoszą się iście rammsteinowskie wibracje. Na finał Zawołać - ze wstępem, jak u U2. Znakomicie, pięknie, magicznie. Trochę tylko szkoda, że to wszystko trwa niespełna 88 minut.
Teraz słów kilka o niedociągnięciach wydawnictwa. Żal, że „latająca kamera” nie wykonała zaplanowanej roboty, jej zdjęć czasem brakuje. Szkoda, że w ustawieniach dźwięku nie ma systemu dts (choć jest 5.1). Nie pokuszono się także o dodatki filmowe, zawierające np. wypowiedzi o kolejnych fazach projektu (choć taką informację zawiera wkładka).
To co najważniejsze natomiast, czyli realizacja obrazu (Mania Studio), montaż (Michał Berensztajn), realizacja nagrań (Jacek Mastykarz), mix (Piotr „Quentin” Wojtanowski) i mastering (Leszek Łuszcz) naprawdę wysokiej próby.
Reasumując noworocznie: wszystkim moim Krajanom, zwłaszcza tym, którym Tarnów jest szczególnie bliski, życzę by w 2010 roku ukazało się kolejne wydawnictwo na poziomie Totentanz Live. To świetna promocja naszego miasta.
Krzysztof Borowiec



